2016/04/12

Kwiat wschodu


Podczas gdy na drogach między miastami na wyspie panuje błogi spokój i po asfalcie częściej sunie, unosi się i opada kręcony wiatrem kurz niż sznur samochodów, to w pobliżu stolicy, szara droga szybko się zakorkowuje, a pojazdy ciężko dyszą i falują w upalnej fatamorganie. W portowej stolicy Zakynthos, nieopodal wybrzeża jak dumna latarnia morska stoi kościół św. Dionizosa, a przy nim strzelista dzwonnica, kampanile, wybudowana w stylu weneckim. Gdy tylko przekroczyłam próg świątyni, zaraz zjawił się przy mnie mężczyzna, uprzejmym gestem zarzucając mi wielką chustę na ramiona. „Muszą być zakryte”, tłumaczy. Zgadzam się i mnąc w dłoniach miękką, bawełnianą chustkę krążę po kościele z grupą innych zwiedzających. Świątynia ta, jako jedna z niewielu budowli ocalała po niszczycielskim trzęsieniu ziemi w latach 50 XX wieku. Dionizos, będąc patronem wyspy, jest dla mieszkańców niezwykle ważną postacią, dlatego też warto rozpocząć wizytę w stolicy Zakynthos od spotkania z jej opiekunem.

W tle, za wielką wodą, kościół św. Dionizosa i strzelista wenecka dzwonnica.



Piasek, opal i dywany

Wiatr szarpał gęsto rozwieszone biało-niebieskie flagi zwracając je w stronę wybrzeża. W oddali, przy długiej portowej promenadzie, rozbrzmiewał donośny dźwięk dzwonów kamiennej, zwróconej w stronę morza dzwonnicy kościoła św. Mikołaja – patrona żeglarzy. Tam też posłusznie w ich rytm kiwały się na spokojnej tafli zacumowane łodzie rybackie. Niektóre z nich stanowiły jednocześnie nawodny stragan, z którego rybacy sprzedawali świeże, dopiero co przez nich złowione ryby. Nieśpiesznie, gromadziły się przed nimi miejscowe kobiety, z wolna wybierając najlepsze okazy. Ostra woń towarzyszyła nam jeszcze długo, gdy podążaliśmy wzdłuż wybrzeża, aż do momentu, gdy skręciliśmy w zaciszne uliczki, w których królował upalny, przyjemny zapach nagrzanych murów.

Ulice miasta przypominały nieco międzymiastowe drogi na wyspie – o piaskowej barwie, często puste lub po których przechadzali się pojedynczy, uśmiechnięci przechodnie. Gdy pytamy, w którą stronę do placu św. Marka rzucają nam radosne „go ahead!”. Idziemy więc przed siebie, wśród nagrzanych kamienic, którymi prowadzi nas ciepły nadmorski wiatr. Starsza kobieta z kuchennym fartuchem przewiązanym w pasie, maszerowała radośnie ściskając w ramionach świeżo wypraną pościel, aby zaraz potem zniknąć w szeroko otwartych drzwiach domu. Piaskowe kamienice o zielonych okiennicach w stylu weneckim zaczynają nabierać innych barw, z każdym krokiem robi się tłoczniej i zaczynamy mijać pierwsze sklepy z pamiątkami. Główna ulica i chodniki wyścielone są plecionymi wycieraczkami, dywanami i kolorowymi ręcznikami z podobizną słynnego żółwia karetta karetta – króla wśród lokalnej fauny i symbolu wyspy. Na wystawach sklepów jubilerskich mienią się wszystkimi kolorami zachwycające opale, zamknięte w małych, owalnych konturach zgrabnych kolczyków i bransoletek.

Dzwonnica kościoła św. Mikołaja

Dzwonnica kościoła św. Mikojała

Ulice miasta Zakynthos.

Komuś dywan, wycieraczkę, ręcznik?

Jeden z pustych już "wodnych straganów".

Kwiat wschodu

Plac św. Marka w mieście Zakynthos jest drugim i ostatnim po tym weneckim, placem poświęconym temu świętemu. W porównaniu z „najelegantszym salonem Europy” plac w mieście Zakynthos jest niewielki, otoczony restauracjami i barami, a niewielki kościół o jasnej fasadzie wydaje się być nieśmiało ukryty w objęciach pobliskich kamienic. Wpływ Wenecji na Zakynthos jest dostrzegalny przede wszystkim w architekturze, która wydaje się przemawiać do nas w języku włoskim, ale wystarczy tylko zamknąć oczy i wyostrzyć inne zmysły, aby przekonać się, że miejsce to jest zupełnie nowym, a główna nuta unoszącego się w powietrzu zapachu jest nie do końca obca, ale też niezupełnie znana. Mogłabym powtarzać za Brunem Jasieńskim "tak mi dobrze, tak mojo", z drugiej strony jednak kraj ten był mi wcześniej zupełnie nieznany i za zabawny uznałam splot wydarzeń, które sprawiły, że moje pierwsze spotkanie z Grecją miało miejsce właśnie na Zakynthos, która przez wiele stuleci pozostawała pod panowaniem Republiki Weneckiej.




Ciekawostki i informacje praktyczne:

- Stolicą wyspy jest miasto portowe o tej samej nazwie – Zakynthos – znajdujące się we wschodniej części wyspy. Z pobliskich miejscowości turystycznych do miasta dojedziemy bez problemów lokalnym autobusem za 1,60 euro. Warto jednak wziąć pod uwagę lekko traktowane przez greckich kierowców poczucie punktualności :)

- „Fior di Levante”, czyli „Kwiat wschodu” – tak Wenecjanie nazywali wyspę Zakynthos, która oficjalnie trafiła pod panowanie Republiki w połowie lat 80 XV wieku. Ląd ten był wyjątkowo opustoszały po tureckich najazdach mających miejsce w latach wcześniejszych. Z czasem wyspa zaludniła się dzięki migracji greckojęzycznej biedoty oraz chłopów z południa Włoch.


- W kościele św. Dionizosa w Zakynthos znajdują się także relikwie świętego, co sprawia, że miejsce to jest często odwiedzane nie tylko przez zagranicznych gości, ale i samych Greków. Natomiast kościół św. Marka na placu św. Marka w stolicy Zakynthos jest jedyną katolicką świątynią na wyspie. 



4 komentarze:

  1. Jednak jestem ignorantem, w czasie pobytu na Zante byłem w stolicy kilka razy, na samym placu też, nawet nie wiedząc że ten plac się tak nazywa, i że mają kościół...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E, nie oceniałabym siebie aż tak surowo :) Dlatego czasem warto wracać do tych samych miejsc, aby mieć okazję dostrzec coś, co za pierwszym razem nam umknęło :) Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  2. Karolino, jesteś w Grecji!!!! Brakowało mi lektury Twoich wpisów i zachwycania się zdjęciami (fajnie, że są w dużym formacie). Rozumiem, że na wyspie nikt już nie mówi po włosku? (W Goa na przykład starsi mieszkańcy jeszcze coś tam po portugalsku kumają, choć tyle czasu upłynęło). PS. Uwielbiam opale. I perły. Diamentów nie cierpię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karolino, byłam, byłam :)) Notatki trochę jak dobre wino musiały poleżakować razem ze zdjęciami, aż w końcu zdecydowałam się je opublikować :) Po włosku nikt nie mówił na Zakynthos, za to po angielsku prawie każdy. Wyjątkiem byli oczywiście starsi mieszkańcy wyspy, jak sympatyczna starsza pani, którą pytaliśmy o drogę i z którą porozumiewaliśmy się trochę po grecku, trochę na migi, trochę po angielsku, a ja próbowałam co nieco pokombinować z włoskiego ;) Ja też szaleję za opalami, długo tkwiłam przed wystawami tamtejszych sklepów jubilerskich!

      Usuń