2015/04/25

Żar z nieba


Mimo, że przyjechaliśmy rankiem, słońce już dawało się we znaki. Stojąc na rozgrzanym parkingowym asfalcie, rozglądałam się za odrobiną cienia. Żałowałam, że nie wzięłam bardziej zakrytych butów. Mimo delikatnych powiewów nadmorskiego wiatru nawet maszerując czułam jak słońce opala mi do czerwoności skórę rąk i stóp. Ruszyliśmy  po kamiennych schodach ku centrum miasta, które zdawało się przyglądać nam z góry. Ociężałe, odporne na upał, wyrastało powoli przed naszymi oczami zza zakrętów. Wysokie budynki osadzone trwale na zboczach zdawały się przylegać do nich tak solidnie jak gdyby od zawsze stanowiły z nimi jedność. Zupełnie jakby te strome skały dały się świadomie  usidlić człowiekowi, aby ten mógł postawić na nich własne domostwa.

2015/04/15

Akrobacje na sznurze


Popłynęłyśmy z przystanku Fondamente Nove. Zebrała się na nim już pokaźna krzątanina osób, głownie rodziny z dziećmi, pary wycieczkowiczów, pojedynczy smutno-zamyśleni pasażerowie i my. Gdy unoszący się na wodze przystanek vaporetto wypełniony był po brzegi spoconymi ciałami, stawał się na tyle stabilny, że człowiek zapominał przez chwilę, że stoi na wodzie. Gdy jednak kołysząca się budka była prawie pusta, a pojedyncze osoby upchane po kątach przesiadywały na wąskich ławeczkach w oczekiwaniu na wodny tramwaj, wstępując na pokład bujanego przystanku można było poczuć się jak na jednym z dmuchanych placów zabaw, na który dzieci wspinają się, aby zaraz potem ześlizgnąć się po zjeżdżalni. My ześlizgnęłyśmy się z przystanku do vaporetto i upatrzyłyśmy sobie miejsca siedzące, w miarę w cieniu.

2015/04/03

Gołębica na pikniku


Podczas pamiętnego egzaminu ustnego  z języka hiszpańskiego rozmawialiśmy o Bożym Narodzeniu. W związku z tym, że byłam świeżo upieczoną Erasmuską, pytania koncentrowały się na różnicach w  obchodzeniu tychże świąt w Polsce i we Włoszech. Wszystko szło jak najlepiej do momentu, w którym jeden z profesorów nie zapytał mnie o najważniejsze włoskie ciasto, którego, obok choinki, zabraknąć pod żadnym pozorem nie może. „Paloma! Paloma!”, krzyczy, a ja się zastanawiam, gdzie on do licha widział gołębicę na włoskim stole w Boże Narodzenie.  Myśląc o włoskiej Colombie, delikatnie mu sugeruję, że być może pomyliły mu się święta, ten jednak idzie w zaparte, że nie. Do końca egzaminu pozostał między nami niesmak. A co z gołębicą? Pojawia się jak najbardziej,  tylko kilka miesięcy później, piękna, wyrośnięta, drożdżowa Colomba Wielkanocna.

2015/04/01

Karabinierzy w Pałacu Książęcym

Architektura poddana naturze przy Piazzale della Pace; po prawej (na zdjęciu już niewidoczny) Palazzo della Pilotta.

Zwiedzanie jest trudne i zabawne. Odkrywanie odwiedzanych miejsc jest umiejętnością dziwnie skomplikowaną, aby nie przejść truchtem całego miasta widząc wszystko, a nie zobacząc nic. Zabawnie jest jechać do pewnego miejsca i, rozglądając się po towarzyszących ci osobach, dojść do wniosku, że prawdopodobnie jesteś jedynym turystą. To trochę jak ze stwierdzeniem „jedziesz do mojego rodzinnego miasta? A po co? Tam nic nie ma”. A najciekawiej jest, kiedy to nic zaczyna przybierać  różne formy.