2015/11/18

Papugi i domy z piernika, czyli parki Barcelony



Spacerując po raz pierwszy po Barcelonie nie zabieram ze sobą mapy, wierząc, że miasto, intuicja i tłumy turystów zaprowadzą mnie tam, gdzie zechcę. Przystaję na moment przed wysoką, starą kamienicą obsadzoną kwiatami. Doniczki stoją równo w rzędzie przy drzwiach, inne wiszą pod oknem i nad nim, a zielone łodygi kołyszą się i falują bujane delikatnym, upalnym wiatrem. Gdyby nie ta nieśmiała flora, stare mury wydawałby się zupełnie opuszczone. Za moimi plecami ganiają grające w piłkę dzieci, a ich rodzice przesiadują na ławkach, zajęci żarliwą dyskusją. Mija mnie grupa nastolatków wpatrzonych w ekran tabletu i zaśmiewających się do rozpuku. Mam wrażenie, że tylko ja zauważam tę mnogość doniczek i falowanie łodyg.  To zabawne jak nieraz nasze oczy przywykają do pewnych obrazów, czyniąc je niewidzialnymi.

2015/10/17

Spójrz w dół, czyli tarasy Barcelony



Z góry wszystko wygląda inaczej. Można poobserwować z innej perspektywy uliczny mecz piłkarski, zauważyć nierówność ulic, tajemnicze schody wychodzące na dach prosto z balkonu lub pięknie zdobiony taras, do którego z kolei żadne nie prowadzą. W oddali, w gęsto zarośniętym tarasowym ogrodzie ktoś pali papierosa, nienasycony widocznie niezbędnym  tlenem wytwarzanym przez otaczające go rośliny. Na balkonie nieopodal pewna kobieta wiesza pranie, regulując głośność radia i piosenki, której skoczny rytm, jak dobrze nadmuchana piłeczka, odbija się echem od murów pobliskich kamienic.  Chwilę później słyszę brzdęk monet i hałas upadającej puszki. Mężczyzna w plażowych klapkach z namaszczeniem otwiera swoją pepsi, która przed chwilą przeturlała mu się do rąk z brzęczącego jak rój pszczół, ustawionego pod ścianą automatu. Rozgląda się przez chwilę na boki, rzucając wzrokiem na dachy Barcelony po czym z wolna znika w uchylonych drzwiach prowadzących na klatkę schodową.

2015/10/10

Muffin w locie



Prawie spóźniliśmy się na pociąg.

Gdy na stacji, przy automatach z biletami, próbowałam po raz trzeci wyjaśnić niewielkiej blondwłosej kobiecie, że z właśnie zakupionym skrawkiem papieru może pojechać do Wenecji o każdej godzinie tamtego dnia, Luby trącał mnie lekko w ramię, nerwowo spoglądając na zegarek. „Spóźnimy się”, syczał, uśmiechając przy tym wymowie do babeczki nieokreślonej narodowości, z którą dyskutowałam. Stres trochę złapał mnie za gardło, gdy powiadomiłam o tym moją rozmówczynię, a ona niewiele sobie robiąc z mojego odjeżdżającego pociągu kontynuowała wywód.  Powtórzyłam jej wiec raz jeszcze krok po roku niezbędne czynności jakie miała do wykonania (skasowanie biletu i przejście na peron) po czym, zapewniając wyżej wspomnianą po raz kolejny, że wszystko będzie dobrze i dojedzie do Wenecji jeśli zrobi tak jak powiedziałam, pożegnałyśmy się tyle czule co szybko. 

Gdy wpadliśmy na peron, pociąg syczał już niecierpliwie przygotowując się do odjazdu.
„Jak to jest, że ciągle musimy się śpieszyć?”, zapytał retorycznie Luby opadając na siedzenie obok mnie.