„ – Nie wiesz, że tajemnica zrozumienia miasta i jego
mieszkańców tkwi w poznaniu… tego, co jest słowem ulicy? (…)Gdyby się potrafiło
czytać myśli ludzi, którzy mijają nas na ulicy w dowolnym mieście, odkryłoby
się, że większość ma w głowie tę samą myśl. I to właśnie ona jest słowem
miasta. Jeśli twoje osobiste słowo nie pokrywa się ze słowem tego miasta to
rzeczywiście nie należysz do niego.
- Jakie jest słowo Rzymu? – spytałam.
- SEKS."
- Jakie jest słowo Rzymu? – spytałam.
- SEKS."
Elisabeth Gilbert „Jedz, módl się, kochaj”
Wynikałoby z tego, że ja do Rzymu nie
należę ( bo w końcu do ilu miast można należeć jednocześnie?) albo po prostu
nie odwiedzam go zbyt często. Kto wie, być może gdybym teraz tam
pojechała, może podzielałabym to „słowo”. A może ono już się zmieniło? A może
bohater książki Elisabeth Gilbert po prostu się mylił? No bo, jak przepełniony
duchem starożytności Rzym, mógłby obrać za swoje słowo właśnie to
proponowane przez towarzysza pisarki? Z drugiej strony każde stwierdzenie można
nieco nagiąć, a prawda historii bywa nieubłagana. W mieście tym przez wieki od
różnego rodzaju uciech nie stroniono. Niewolnice z czasem zmieniły się w kurtyzany,
a praktyki homoseksualne były powszechne nie tylko w czasach Imperium, ale
także później. Wystarczy poczytać biografie wielkich artystów epoki Renesansu. Ale
czy tylko w Rzymie? Nie do końca.
A jakie jest moje słowo Rzymu?
Jeszcze go nie odkryłam, ale bardziej skłaniałabym się do słów takich jak „tajemnica”
czy „czas”. W każdym razie, nie podzielam tego proponowanego przez bohatera
książki, czyli innymi słowy: ja do Rzymu nie należę, przez co mój opis tego
miasta pewnie będzie pozbawiony pikanterii, ale jednocześnie może bardziej przekonujący?






